Barka do przewozu chorych Berevo (Madagaskar)

BARKA DLA CHORYCH

LICZBA PROJEKTU: 57 627 ZŁ

MIEJSCE: MADAGASKAR

ROK: 2020

PRZE­KA­ZA­LI­ŚMY 57 627 ZŁ NA ZAKUP BAR­KI DO PRZE­WO­ZU CHO­RYCH ORAZ ŚROD­KÓW DO WAL­KI Z EPI­DE­MIĄ W BERE­VO NA MADA­GA­SKA­RZE. 15 GODZIN RZE­KĄ DO LEKA­RZA. CHO­RZY PŁY­NĄ RZE­KĄ DO LEKA­RZA CAŁY DZIEŃ: OD 7 RANO DO 22 WIE­CZO­REM. CHO­RZY WRA­CA­JĄ­CY PO OPE­RA­CJACH, POD­ŁĄ­CZE­NI DO KRO­PLÓ­WEK, KOBIE­TY PO PORO­DACH LEŻĄ NA WOR­KACH Z TOWA­RA­MI NA SPRZE­DAŻ, MIĘ­DZY BAGA­ŻA­MI, W TOWA­RZY­STWIE ŚWIŃ, BYKÓW, KÓZ. NAJ­MNIEJ­SZY PRO­BLEM, GDY TO TYL­KO KURY I KACZ­KI.

Barka do przewozu chorych Berevo (Madagaskar)

Djo­han­na po upad­ku prze­sta­ła cho­dzić. Musia­ła doznać obra­żeń wewnętrz­nych, bo brzuch w pra­wym boku bar­dzo się powięk­szył. Nie popły­nę­ła do leka­rza, bo rodzi­na nie mia­ła pie­nię­dzy na prze­wóz. Djo­han­na teraz już może cho­dzić, ale dalej cho­ru­je: wymio­tu­je i ma pro­ble­my z jedze­niem.

Naj­bliż­szy szpi­tal od Bere­vo (sam śro­dek Mada­ga­ska­ru) znaj­du­je się w odle­gło­ści 98 km, co ozna­cza dwa dni dro­gi. Wsie są odcię­te od świa­ta, bez dróg dojaz­do­wych. Do szpi­ta­la moż­na dostać się tyl­ko rze­ką Mania w łodziach, zwa­nych kano­to.

Nie stać mnie na dro­gę do leka­rza

Pro­szę sio­stry, ja nie mam na kano­to – mówi­ła dziew­czy­na w cią­ży. Cier­pia­ła na zatrzy­ma­nie moczu. – W mie­ście nie mam rodzi­ny, nie mam gdzie się zatrzy­mać, a na opła­ce­nie poby­tu mnie nie stać. Pomo­gli­śmy: zało­ży­li­śmy cew­nik, a po tygo­dniu sytu­acja się unor­mo­wa­ła po lekach – opo­wia­da sio­stra Iwo­na Kor­ni­luk, któ­ra w Bere­vo pro­wa­dzi małą przy­chod­nię, ratu­ją­cą życie. – Nie mamy nawet USG – mówi sio­stra. – Jaki­kol­wiek cięż­szy przy­pa­dek i nasz pacjent musi tra­fić do leka­rza i szpi­ta­la w mie­ście. Ile kosz­tu­je prze­jazd kano­to? 10 tysię­cy aria­ri, czy­li 10 puszek ryżu. Tutaj to mają­tek. Panu­je wiel­ka bie­da. Bra­ku­je ryżo­wisk – lud­ność upra­wia tytoń, co powo­du­je zwięk­sze­nie zacho­ro­wań na cho­ro­by płuc i oskrze­li. Upra­wa tyto­niu odby­wa się na polach, ale susze­nie już przy domu.

Umie­ra­ją z nie­do­ży­wie­nia

Do grud­nia ludzie mają jedze­nie, bo sprze­da­ją tytoń. Do grud­nia kup­cy wypła­ca­ją pie­nią­dze. Zaczy­na się pora desz­czo­wa – wte­dy ludzie nie mają co jeść. Kuku­ry­dzę dopie­ro się sadzi, orzesz­ki nie rosną. Przez dwa mie­sią­ce ludzie jedzą korze­nie, liście goto­wa­ne na wodzie. Panu­je wte­dy duże nie­do­ży­wie­nie. Wte­dy dużo dzie­ci umie­ra, bo wycień­czo­ne orga­ni­zmy bar­dzo szyb­ko zabie­ra mala­ria. Spa­da im poziom czer­wo­nych krwi­nek, przy­cho­dzą ane­mia, wymio­ty, bie­gun­ka, tem­pe­ra­tu­ra 40 stop­ni i dziec­ko nie ma szans. A gdy jesz­cze daje­my chi­ni­nę, któ­ra obni­ża poziom cukru we krwi, to po trzech tygo­dniach nad­cho­dzi śpiącz­ka, po któ­rej dziec­ko się już nie obu­dzi.

Barka do przewozu chorych Berevo (Madagaskar)

Barka do przewozu chorych Berevo (Madagaskar) W takich warun­kach cięż­ko cho­rzy pły­ną cały dzień do szpi­ta­la.

Bra­ku­je wszyst­kie­go, co potrzeb­ne do życia

Bra­ku­je leków i testów na mala­rię. A gdy są, to czę­sto cho­rych na to nie stać – mówi sio­stra Iwo­na Kor­ni­luk. – Jest bar­dzo dużo przy­pad­ków mala­rii mózgo­wej, tej naj­gor­szej. Ostat­nio stra­ci­li­śmy dwu­lat­ka. Przy­szedł do nas w śpiącz­ce, po lecze­niu u sza­ma­na. Nie mie­li­śmy mu nawet jak zba­dać pozio­mu glu­ko­zy we krwi. Jona­tan odszedł po dwóch dniach. Mala­ria się sze­rzy m.in. przez to, że ludzie czę­sto śpią na polach, pil­nu­jąc plo­nów, i czę­sto nie uży­wa­jąc moski­tie­ry. A gdy rodzi­ce zaję­ci w polu, to dzie­ci wycho­wu­ją się same. Są głod­ne, więc śpią na lek­cjach. Bolą je brzu­chy, bo nie jadły od wczo­raj i nie­wie­le korzy­sta­ją z tej szko­ły. Zaczę­li­śmy wychwy­ty­wać naj­bied­niej­sze dzie­ci, któ­re się sła­nia­ją i je dokar­mia­my. Choć wie­my, że w domu jesz­cze 3–4 dzie­ci. Eh, to nie wystar­cza... Owszem: ludzie do nas przy­cho­dzą na kon­sul­ta­cje, po leki czy oku­la­ry. Ale czę­sto pro­szą o żyw­ność czy ubra­nie, bo bra­ku­je im wszyst­kie­go, co potrzeb­ne do życia.

Edu­ka­cja proz­dro­wot­na

Przy­chod­nia, wspie­ra­na przez naszą Fun­da­cję, codzien­nie przyj­mu­je od 12 do 28 osób. Głów­nie poma­ga w przy­pad­kach: duru brzusz­ne­go (spo­wo­do­wa­ne­go piciem brud­nej wody), bie­gu­nek i wymio­tów, poważ­ne­go nie­do­ży­wie­nia nie­mow­ląt, zapa­le­nia wyrost­ka robacz­ko­we­go i gruź­li­cy. U kobiet docho­dzą takie pro­ble­my jak: brak pokar­mu z powo­du nie­do­ży­wie­nia, mię­śnia­ki maci­cy i cysty. W przy­chod­ni też jest też edu­ka­cja: jak pro­wa­dzić upra­wy, by mieć wita­mi­ny i lepiej się odży­wiać.

Barka do przewozu chorych Berevo (Madagaskar)

Ratu­nek dla cho­rych

Zakup bar­ki będzie rato­wał życie ludz­kie. Będzie ona dostęp­na dla cho­rych wte­dy, gdy jej potrze­ba. Będzie prze­wo­zić tych, któ­rych nie stać na kano­to. Poza tym będzie dosto­so­wa­na do potrzeb cho­re­go i jego rodzi­ny: będzie moż­na na niej ugo­to­wać posi­łek, będzie moż­na na niej spać, gdy cho­re­go nie stać na noc­leg w mie­ście.

Barka do przewozu chorych Berevo (Madagaskar)

W tej rodzi­nie trzy samot­ne kobie­ty muszą wyży­wić ośmio­ro dzie­ci. Nie mają żad­ne­go mająt­ku, żad­ne­go pola. Kobie­ty pie­ką plac­ki muka­ri na sprze­daż i tak wal­czą o prze­trwa­nie. Jed­na z nich mia­ła wte­dy 19 lat. Zaczę­ła rodzić. Jedy­na położ­na w naj­bliż­szej oko­li­cy była zaję­ta przy innym dziec­ku. Krew­ni zabra­li rodzą­cą na worek juto­wy i tak nie­śli godzi­nę pod solid­ną górę. Tam cze­kał już wóz, zaprzę­gnię­ty w byki, by rodzą­ca zawieźć do kolej­nej położ­nej. Dziew­czy­na zna­la­zła pomoc i wszyst­ko skoń­czy­ło się dobrze. „Było tak u nas na wsi, że rodzi­na cho­re­go mia­ła tyl­ko prze­ter­mi­no­wa­ne pie­nią­dze, więc łódź go nie zabra­ła – mówi naj­star­sza z kobiet, bab­cia Maria. – Kie­dy zna­leź­li aktu­al­ne pie­nią­dze, w kano­to nie było już miej­sca”. Pani Maria nawią­zu­je do zmia­ny walu­ty, któ­ra mia­ła miej­sce pra­wie trzy lata temu. Poka­zu­je to, jak bar­dzo Bere­vo jest odcię­te od świa­ta, że miesz­kań­cy nadal uży­wa­li sta­rej walu­ty.