Budowa domu dziecka w Ayos (Kamerun)

DOM DZIECKA

LICZBA PROJEKTU: 30 DZIECI

MIEJSCE: AYOS, KAMERUN

ROK: 2019

Prze­ka­za­li­śmy 74 400 euro na budo­wę domu dziec­ka w Ayos.

Budowa domu dziecka w Ayos (Kamerun)

Józe­fi­na (naj­star­sza) ma 15 lat. Jej mama nie żyje. Sze­ścio­ro rodzeń­stwa zosta­ło roz­dzie­lo­nych po rodzi­nie. Józe­fi­na tra­fi­ła do krew­nych, któ­rzy się nią nie zaj­mo­wa­li. Ubra­nie mia­ła gor­sze niż my szma­ty do pod­ło­gi – mówią misjo­nar­ki. Jed­na z jej sióstr mia­ła 13 lat, jak zaszła w cią­żę. Dru­ga jest cho­ra na AIDS. Dzię­ki pomo­cy misji Józe­fi­na może cho­dzić do gim­na­zjum. Nie musi iść na uli­cę.

Dziew­czę­ta w Kame­ru­nie mają cięż­ko.

Wsta­ją o 5.30 i idą po wodę. Nawet dwa kilo­me­try. Potem prysz­nic z wia­der­ka i do szko­ły. Gdy wra­ca­ją, muszą uprać, pójść w pole. Celo­wo nie powie­dzia­łam o śnia­da­niu – mówi s. Cele­sty­na Pudło z zako­nu Opatrz­no­ści Bożej, pra­cu­ją­ca w Kame­ru­nie. – Rzad­ko kto tu je śnia­da­nie. Jak dziew­czyn­ka wró­ci ze szko­ły, musi goto­wać. Nie spo­tka­łam tu rodzi­ny, któ­ra by mia­ła w domu coś goto­we­go do jedze­nia.

Budowa domu dziecka w Ayos (Kamerun)

Ura­to­wa­ny chło­piec

Los kobiet

Dzie­ci uczą się przy świecz­kach. Od dwóch mie­się­cy nie ma prą­du w mia­stecz­ku. Poziom naucza­nia jest niski. Dziew­czyn­ki 11–12 lat powin­ny być w gim­na­zjum, a zda­rza się, że mają i 15 lat i wciąż są w pod­sta­wów­ce. Przej­ście do wyż­sze­go pozio­mu edu­ka­cji kosz­tu­je. Podob­nie jak otrzy­ma­nie pra­cy. Żeby dostać pra­cę, trze­ba wziąć udział w kon­kur­sie. Może on kosz­to­wać 200 euro. Kto w Kame­ru­nie ma 200 euro? Dziew­czy­ny zosta­ją więc w domu. Pra­cu­ją w polu, rodzą dzie­ci. Karie­ra? Dziew­czy­na może kuku­ry­dzę sprze­da­wać na ryn­ku. Jeśli ma sta­rą zamra­żar­kę, i aku­rat jest prąd, może sprze­da­wać mro­żo­ną wodę. Może kupić maniok, zemleć i piec pącz­ki na sprze­daż. Albo orzesz­ki ziem­ne z solą lub cukrem.

Są też sie­ro­ty spo­łecz­ne, czy­li dzie­ci porzu­co­ne przez upo­śle­dzo­nych rodzi­ców czy po pro­stu porzu­co­ne z bie­dy i gło­du. Na wsiach widać dużo wałę­sa­ją­cych się dzie­ci, a w mia­stach dzie­ci uli­cy. Żebrzą. Na sta­cjach myją okna brud­ny­mi szma­ta­mi. Na tar­gu noszą towa­ry. Mają po 8 lat. Star­si, dwu­na­sto­let­ni, już han­dlu­ją. Głów­nie chłop­cy. Oni sobie pora­dzą. Dla­te­go pol­skie misjo­nar­ki chcą zbu­do­wać dom dla dziew­cząt.

Zmu­sza­ne do pra­cy

Sie­ro­ty tra­fia­ją do dal­szej rodzi­ny, ale bywa, że krew­ni je wyko­rzy­stu­ją jako tanią siłę robo­czą. Swo­je dzie­ci poślą do szko­ły, a im każą iść w pole. Te dzie­ci mają od 6 do 12 lat. Star­sze się bun­tu­ją i ucie­ka­ją. Obec­nie w regio­nie domy dziec­ka są kom­plet­nie nie­wy­dol­ne. W jed­nym z nich opie­kun­ka mówi­ła pod­opiecz­nym: jak byłam mała, jadłam raz dzien­nie. To wam też wystar­czy. Co dosta­ła jedze­nie dla dzie­ci, to im zabie­ra­ła.

Dom dziec­ka – będzie rodzin­nie

W pla­no­wa­nym przez sio­stry domu w Ayos będzie 10 pokoi w sumie dla 20–30 dziew­cząt. W domu będzie świe­tli­ca do nauki i pra­cow­nia kra­wiec­ka, gdzie dziew­czy­ny będą się uczy­ły szyć. Albo po pro­stu będą tam szyć sobie ubra­nia. Budy­nek będzie miał też pral­nię, kuch­nię, jadal­nię, maga­zy­ny drze­wa i spo­żyw­czy. U nas dziew­czy­ny będą otrzy­my­wa­ły jedze­nie trzy razy dzien­nie – z naci­skiem pod- kre­śla sio­stra Cele­sty­na. – Przed szko­łą, po szko­le i wie­czo­rem. Opie­kę medycz­ną dziew­czę­ta będą mia­ły zapew­nio­ną w naszej przy­chod­ni. Będą cho­dzi­ły do szko­ły publicz­nej, nie mogą być odizo­lo­wa­ne. Dziew­czę­ta będą mogły zapra­szać kole­żan­ki i kole­gów. Chce­my, żeby było rodzin­nie.

Budowa domu dziecka w Ayos (Kamerun)

Marie Chaun­cey ma 17 lat. W domu było sied­mio­ro dzie­ci. Ich mama jest upo­śle­dzo­na, tata uciekł. – Nie mie­li­śmy co jeść. Posta­no­wi­łam zna­leźć kogoś, żeby mnie wyży­wił. Żeby moż­na było mydło kupić czy coś do jedze­nia – wspo­mi­na Marie Chaun­cey. Dziew­czy­na spo­tka­ła męż­czy­znę. Dopie­ro potem dowie­dzia­ła się, że ma żonę. Wyko­rzy­stał ją, a gdy powie­dzia­ła, że jest w cią­ży, to uciekł. Zna­jo­me kobie­ty, któ­re same nie mia­ły prak­tycz­nie nic, skła­da­ły się, żeby dziew­czy­na z dziec­kiem mie­li co jeść. Marie Chaun­cey dosta­ła pra­cę przy misji. Codzien­nie przez 6 godzin dzien­nie sprze­da­je wodę pit­ną.

Weź moje dziec­ko, albo je zabi­ję Było już póź­no, koło godzi­ny 21, kie­dy przy­szła do nas dziew­czy­na. Sio­stro, cały dzień tu krą­żę, żeby sio­strę spo­tkać – mówi. Usia­dły­śmy. Dziew­czy­na była w zaawan­so­wa­nej cią­ży. I wprost do mnie mówi: Niech weź­mie sio­stra moje dziec­ko. A jak nie, to je zabi­ję. Nie jestem w sta­nie utrzy­mać kolej­ne­go. Mam już dwóch chłop­ców. Popro­si­łam, żeby nie robi­ła nicze­go złe­go. Obie­ca­łam wziąć dziec­ko. Po jakimś cza­sie dziew­czy­na spro­wo­ko­wa­ła poród. Była wte­dy w 8. mie­sią­cu. Uro­dził się wcze­śniak, chło­piec. W tym cza­sie przy­szedł do nas bur­mistrz mia­sta i opo­wie­dział, jaki mają w rodzi­nie pro­blem: Moja sio­stra z mężem chcą się roz­wieść, bo nie mają dzie­ci. I oni wzię­li tego chłop­ca. Maluch jest cho­ry na ane­mię sier­po­wa­tą, ale nowi rodzi­ce go leczą. Zro­bią wszyst­ko, żeby był z nimi. s. Urszu­la Dąbrow­ska

Budowa domu dziecka w Ayos (Kamerun)

Rut ma sied­mio­ro rodzeń­stwa. Jedzą tyl­ko raz dzien­nie – wie­czo­rem. Jak wie­le dzie­ci w Kame­ru­nie, muszą pra­co­wać.